Sercańskie Dni Młodych

Bartek S.

zaświadczamy      Autor: [ ] 0

Świadectwo „człowieka z Pliszczyna”.

Jak zaczęła się moja przygoda z SDM? Trudne pytanie, bo to było hmm… Aż muszę znaleźć koszulkę… Była zielona… na pewno. Mam: XVIII SDM, 2011 rok, hasło „Błogosławieni miłosierni”… Pamiętam piękną, słoneczną czerwcową niedzielę. Po wieczornej Mszy św. miało się odbyć spotkanie pliszczyńskiej grupy na SDM-ie. Ja, „gimbus w całej okazałości”, po długich rozważaniach wsiadłem na swoja „srebrną strzałę” (motorower) i po kilku chwilach znalazłem się w okolicy wiaty, gdzie odbywało się spotkanie. Po tamtym spotkaniu (cytując ks. Jarka) „zacząłem haratać”. Codziennie (oprócz niedzieli) przychodziłem pomagać przy organizacji SDM. Zebrała się nas większa grupka. Uczyliśmy się wszystkiego, ale często nauka kończyła się na szczocie i zamiataniu.

Tak naprawdę, historia z młodzieżą sercańską zaczęła się nie na XVIII SDM-ie, ale na majowym czuwaniu w Fajsławicach. Wtedy coś mnie urzekło. Do tej pory pamiętam, że „przez przypadek” usiadłem w ławce, gdzie osoby oddawały chwałę Panu swoim głośnym i energicznym śpiewem. Już z tego pierwszego SDM-u wyniosłem chęć wstąpienia do RSM-u, ale trochę się to odciągnęło w czasie. Przez rok przychodziłem na spotkania. W 2012 r. upragniony SDM i biała koszula, świadcząca o czystości serca. Już wtedy nie zabawa ale już wtedy już dużo rzeczy robiliśmy. 2013 to rok XX-lecia SDM-u, który wspominam jako „SDM kostki”. W okolicach narzędziowni, był taki placyk zerwanej kostki i ja się podjąłem wyzwania jej ułożenia. Trochę to trwało, ale udało się… Mamy 2014 r., hasło „Błogosławieni cierpiący prześladowanie”… Wchodzę w dorosłość. To już nie był ten sam SDM. Już nie patrzyłem jak dzieciak, tylko jak dorosły i coraz bardziej jak gospodarz. Był to „SDM kabla”… Sam wyryłem dołek głębokości 50-60 cm (od wiaty aż do sklepiku), aby można było położyć kabel wysokiego napięcia. Wtedy też ze Stasiem pierwszy raz w życiu robiliśmy ławki, które można znaleźć pod wiatą… No i ostatni SDM, już całkiem inny, bo ostatni ze „starym szefem”. Nie zapomnę tego czwartku, pojechałem coś tam zrobić z kranem, żeby dało się podłączyć myjkę w sklepiku. To było późnym popołudniem. Wieczorem dostaje SMS-a z wiadomością, że naszego Padre przenoszą. Całe przygotowania były już inne. Dużo rzeczy robiliśmy sami – niewskazanych przez ks. Jarka, tylko wynikających z kartki, którą stworzyliśmy kilka lat temu.

Dlaczego piszę o pracach fizycznych i zadaniach? Dlatego, że ja nie znam SDM-u jako typowy uczestnik, za to znam wydarzenie od strony organizacyjnej. Ludzie z Pliszczyna liczą czas od SDM-u do SDM-u. Dla nas SDM jest połączaniem „sylwestra i nowego roku”. Tam, gdzie przyjezdni uczestnicy widzą koniec SDM-u, my widzimy początek kolejnej edycji. Dla mnie SDM to godziny spędzone przy pracy wokół klasztoru, setki litrów wypitych napojów, tysiące zapiętych trytek, miliony wspaniałych wspomnień, doświadczeń i przeżyć. To wiedza, której nie zdobyłbym w szkole: np. co to jest śruba rzymska, jak założyć łańcuch do piły łańcuchowej czy jak wtopić podpory do ławek z cementu. To także ludzie, których bym nie poznał nigdzie indziej… No i oczywiście wiara w Boga, która towarzyszy we wszystkim co robię: od wbijania gwoździa – po Mszę św., do której służę.

SDM to nie tylko spotkania – to przede wszystkim ludzie, którzy pragną, aby każdy uczestnik był bezpieczny, zadowolony i miał w miarę komfortowe warunki. Bez SDM-u Pliszczyn byłby smutną wioską, a tak każdego pierwszego tygodnia wakacji (od 1993 r.) ożywa energią „przywożoną” przez młodzież. Pliszczyn jest dumny z SDM-u! Myślę też, że organizatorzy SDM-u są dumni z młodzieży z Pliszczyna, która przygotowuje wydarzenie nie oczekując „oklasków”.

SDM to styl życia!

Bartek S.

POWRÓT
MENU